I znowu Coto się przekonał, że był głupim rekrutem. Gdy tamci wszyscy nabierali na widły naręcza ogromne, że aż się gięli pod ciężarem, gdy wznosząc brzemię, podawali na stóg, jemu siano umykało, rozsypywało się tak, że donosił puste widły i rozpoczynał robotę na próżno, bliski płaczu, omdlewając z nieużytecznego wysiłku.

Towarzysze byli tak zajęci, tak się śpieszyli, tak ciężki mieli trud, że wprawdzie nikt zeń nie drwił, ale też nikt nie uczył i nie pokazywał sposobu. Pracowali, milcząc, popędzani jakąś grozą, która się zbierała w niebie, wypełzała z ciemniejącego widnokręgu.

Stóg rósł, niknęły w nim kopice — był już tak wysoki, że przystawiono doń drabinę, wbito między szczeble żerdź, na której jak na koniu umieścił się Szczepański — odbierał pełne widły i podawał wyżej. Uwijali się zajadle, gorączkowo, bez chwili wytchnienia, aż z góry rozległ się głos Odrowąża:

— Zawieszam. Dobra nasza! Zbierajcie czysto, obierajcie boki grabiami, szykujcie powrósło206! Już nam deszcz niestraszny.

A deszcz już leciał — wicher się zerwał, chmury nachodziły nad las, zaczynało w nich huczeć jak werbel na bitwę.

Ludzie jeszcze zajadlej śpieszyli się.

— Powróz sporządź! Ot tak! — zawołał Jasiek zdyszany, przypadając z Cotem do stogu i snując zeń siano, które Szczepańska skręcała w powrósło.

A tamci zbierali roztrzęsione resztki kopic i podawali, wołając ochryple:

— Zabieraj, hop, odbieraj!

Wicher począł się z nimi borykać, szarpać siano, wydzierać z rąk brzemiona.