— Dawajcie sznur! — krzyknął Odrowąż.
Podano mu dwa — skrzyżował je na szczycie, końce utwierdzono w sianie, a z wideł uczyniono parę stopni, po których stary zsunął się na ziemię.
Wtedy przeżegnał się i jakieś litery w powietrzu w stronę chmur nakreślił.
— Nad chudobą naszą i nad nami Bóg łaskaw, dał czas i siłę, by dokonać tego. Niech mu będzie cześć i chwała.
— Na wieki wieków. Amen! — odpowiedzieli.
I stali chwilę wszyscy na widłach wsparci, dech łapiąc i uznojone twarze do wichru zwracając. A wtem lunął deszcz i grzmot uderzył z chmury.
Tego wieczora, gdy Coto chciał wziąć łyżkę do ręki, nie zdołał zgiąć palców.
Zawstydził się i spojrzał, czy kto to widzi. Ale wszyscy jedli i gwarzyli, tylko Żuraw nań patrzył — głową skinął porozumiewawczo i nieznacznie wywołał go do komory.
Kazał mu się rozebrać, położyć na swej pościeli i jął mu ramiona i ręce masować. Chłopak usypiał, śmiertelnie znużony, i tylko szeptał:
— O, dziękuję, dziękuję! Bylem mógł jutro z wami razem się znoić! O, bylem mógł.