I zasnął. Żuraw go okrył i rzekł z cicha do wchodzącego Rosomaka:

— Zwyciężył leśny duch. Rodzi się w nim nasza dusza.

— Chwała Bogu! Będzie szczęśliwy! — odparł Rosomak, przesuwając serdecznie ręką po ciemnej głowie śpiącego.

Nazajutrz padał deszcz, ale Odrowąż zaplanował kośbę207, więc chłopcy nie mieli wakacji; ale za to koszenie mokrej trawy było lżejsze i upał nie obezwładniał, więc dotrzymywali starszym kroku.

Dopiero po dwóch dniach, gdy dużo było zwalonej trawy, a pogoda się nie ustalała, kosiarze spauzowali i rozpierzchli się. Rosomak z Odrowążem popłynęli na połów, Szczepański z Żurawiem i Panterą darli łozy i pletli chodaki, a chłopcy pobiegli w las, by wyszukać zamieszkałe lisie jamy. I tak myszkując, gapiąc się, zaglądając do gniazd, usłyszeli w powietrzu dziwny szum. Nad polaną nisko leciała szara kula.

— Rój, rój! — krzyknął Jasiek i pognał.

Skoczył i Coto — i rozpoczął się szalony pościg. Przez krze i zwały pędzili, ciskając na rój garście ziemi, liście, gałązki, krzycząc zdyszani, podrapani a zajadli.

Jakaś pierwotna żądza zdobyczy ogarnęła ich, jakaś pasja praojców bartników. Przedzieraliby się tak przez bagna, trzęsawiska, wody — nie ustaliby, chyba martwi.

Aż wreszcie rój zmęczony opadł na krzew kaliny na spoczynek.

Ciemne mrowie owadów zrobiło jakby szare grono i znieruchomiało.