— Wody, wody! Kropić, bo się za chwilę poderwą! — komenderował Jasiek.
Coto przyniósł wody w kapeluszu i prysnęli na rój.
— A teraz co? Co z nimi robić? — pytał zdyszany.
— Dawaj koszulę, moja podarta! — jąkał się Jasiek bez tchu, pomagając towarzyszowi rozebrać się. — Związuj kołnierz i rękawy witką łozową, mocno, ot, tak, prędzej, nim się opamiętają i zaczną ciąć. Podsuń koszulę pod gałąź. Trzymaj uważnie, żeby wszystkie zamknąć. O, już się burzą! Ani drgnij! Trzymaj, niech tną, my przecież leśni ludzie. Cierp, cierp, zaraz gałąź utnę.
Coto zacisnął zęby i spełniał rozkazy. Otoczył go szary jakby obłok — poczuł na ciele piekący ból, brzęk gniewny, zapach kwaśny jadu. Ale się zapamiętał w postanowieniu — ani pisnął, ani się nie opędzał.
I oto triumfujący stanęli po dokonanym dziele. Obydwaj spoceni, zziajani, brudni — jeden do pasa nagi — i poznaczeni śladami żądeł.
I trzymali jako zdobycz cudaczny worek z koszuli, w którym huczał rozpaczliwie uwięziony rój.
— Czyja będzie zdobycz? Bo teraz na pewno dostanie się nazwę! — rzekł Jasiek. — Dobrze będzie, jak nazwą „Bartnikiem”! Ja straszną mam do pszczół ciągotę! Ale i tyś gonił, i wodę przyniósł, i koszulę dał, i ciebie więcej pocięły! Chcesz, to nieś!
Zawahał się Coto, pomyślał. Byłaby to jego pierwsza zdobycz i pozbyłby się nienawistnego przezwiska, ale czuł, że to by było fałszem.
— Nie, tobie się należy. Ja bym nie wiedział, co to leci, ani bym nie ścigał, ani nie wiedział, jak je uwięzić! Nie! Ty nieś!