— Dziękuję ci! Teraz między nami braterstwo jest na śmierć i życie! — wykrzyknął rozpromieniony Jasiek. — Włóżże moją koszulę, a ja lecę z rojem. To się wódz ucieszy! Świętojański rój to skarb!
W osadzie zeszli się wszyscy na obiad, gdy wpadł Jasiek, nagi po pas, ze swą zdobyczą w garści i zadyszany wołał:
— Do wodza, niosę zdobycz!
Rosomak wyszedł z chaty, a chłopak wyrecytował orację, którą sobie ułożył.
— Leciał rój! Ja za nim. On na skrzydłach, ja piechotą. I dognałem. Zebrałem, w com miał na sobie, i przyniosłem. Proszę wodza o borową nazwę, i żem jest leśny „ludź” jako wy, starsi.
Coś mu się splątało w oracji, ale Rosomak zrozumiał i biorąc mu z rąk zdobycz, rzekł bez uśmiechu, bardzo poważnie:
— Zuch jesteś! Rozważymy twe życzenia i dowiesz się wieczorem o naszym postanowieniu.
— Oszalał chłopak. Nagi biega po puszczy! Nie wstyd ci? — wtrąciła się matka i wepchnęła Jaśka do alkierza.
— Do wieczora barć masz wystroić na przyjęcie twego roju! — zawołał za nim Odrowąż.
— Mam, dziadziu, mam chojar upatrzony! — odpowiedział chłopak, zdyszany, kręcąc się w rękach matki, byle prędzej się ubrać i lecieć.