Umieszczono rój w cieniu, uwieszony na gałęzi, i wnet wszyscy ruszyli, by mieszkanie mu urządzić. Zabrali z sobą długą drabinę, sznury, narzędzia — Jasiek, triumfujący, poprowadził.

— Będą ludzie z dzieciaka — rzekł Odrowąż, gdy stanęli przy starej, samotnej sośnie na leśnej polanie. — Ma oko! Dziupla ku wschodowi, konar nad nią jak okap. Byle wnętrze nie za obszerne, będzie barć cudna! No, chłopcze, strójże sam!

Jasiek już był na drabinie, a że nie sięgała, „leziwo208” ze sznurów sporządził i zawieszony u wylotu dziupli, dłutem i siekierą otwór oczyścił i wnętrze spenetrował.

Nie mogąc bezczynnie wytrwać, Pantera wnet po sznurku z hakiem aż na górny konar się wydźwignął, niczym na koniu na nim zasiadł i jak dwa dzięcioły kuli!

Podawano im z dołu narzędzia, mech, glinę, wreszcie zamknięcie z deski i ćwieka.

Po paru godzinach karkołomnej roboty zeszli na ziemię i pokładli się jak martwi ze zmęczenia, ale barć była gotowa.

— Będzie ta sosna „Piastem” się zwać — rzekł Rosomak.

Odrowąż spojrzał na słońce.

— Biegaj, Jasiek, po rój! Można osadzać.

Nadchodziła najcięższa próba bartniczego egzaminu — bez żadnej osłony twarzy i rąk, bez skropienia wodą, bez dymu musiał Jasiek rozdrażniony niewolą rój przeprowadzić do nowej osady.