Ale że oni, bardzo zajęci, nie zwracali uwagi, zajął się Żurawiem.
Ten, nastawiwszy garnki w kuchni, zabrał się do rozpakowania wozu i znosił worki i supełki, garnki i pudełka do spiżarni w sieni. Podobało się to Kubie. Wszystko obwąchał, spróbował, przeprowadził, wreszcie wynalazł pudełko ze słonecznikowym ziarnem i bez ceremonii zaczął je przegryzać.
— Nie psuj — usunął go Żuraw.
Na to się Kuba rozjuszył.
— Moje, moje, moje! — zaskrzeczał.
— Twoje, ale nie na teraz. W skórze się nie zmieścisz, obżartuchu!
— Moje! Dawaj! — wrzeszczał Kuba.
— Nie dam, łakomczuchu! — zniecierpliwił się Żuraw.
Nastąpiło kotłowanie, rejwach67 i nagle ze spiżarni wyleciał Kuba rozfukany, z nastroszonym pióropuszem, wdrapał się na szczyt lipy i stamtąd skrzeczał i krzyczał.
— Co się stało? Co Kubie za krzywda? — zawołał Rosomak troskliwie.