— Krzywda! Właśnie! — odparł Żuraw. — Zepsuł trzy worki, pogryzł pudełko, ukąsił mnie w ucho, a teraz krzyczy: „Ratunku!”. Kończcie, bo krupnik gotów!
— Oj, i moje kiszki gotowe! — wyprostował się Pantera. — Przepłoszyliśmy mrowie, zamietliśmy, reszta na potem! Jeść!
— Najpierw domownicy! — przypomniał Rosomak.
— Prawda! — zakrzątnął się Pantera.
Rzucił się do spiżarni, do sieni i wyniósł przed furtkę dwa pełne wiadra — jedno kartofli, drugie owsa. Wtedy zdjął ze ściany w izbie trąbkę i zagrał pobudkę.
Dźwięk uderzył w ciszę, poleciał w las, rozdygotał powietrze, a był to sygnał dobrze widać znany, bo odpowiedziało mu rżenie i daleki odgłos kołatki Hatory. Oparci o płot, leśni ludzie czekali. Pierwsza podążała klacz i parskając z uciechy, zanurzyła łeb w obrok. Bardziej flegmatycznie nadciągała Hatora. Pantera przykucnął u jej boku ze skopkiem68.
— Pięknie proszę o „mlimli”, Hator69! A nie żałuj, bośmy zdrożeni i świeżo osiadli! — przemawiał do niej przypochlebnie.
— Obiad na stole! — zawołał Żuraw z izby.
Na białym stole klonowym pod obrazami leżał bochen chleba, parowała misa pięknie malowana, leżały drewniane łyżki.
Gospodarny Żuraw już nawet wiązką kaczeńców ozdobił nakrycie. Zajęli swe miejsca na ławach i jak ludzie rzetelnie głodni czerpali z misy w milczeniu. Asystował Kuba, próbując każdej kromki chleba, aż z niesmakiem otarł pyszczek o rękaw Rosomaka, skoczył na ramę okna i zabrał się do południowej drzemki.