— O Boże! Tyle czasu bez roboty.
— Niewiele. Zdrową masz krew! Po kłach i pazurach rany jadem jakimś zachodzą i ciężko się goją. Bogu dziękuj, żeś miesięcy nie odleżał.
Ujął go za rękę i począł jakimś tłuszczem namaszczać i rozcierać.
— Będziesz władzę miał, ale nie zaraz. To nic. Grzyby zbierać zdołasz, a to będzie pierwsza robota. Z nowiem już powinny się wysypać, bo ziemia kwitnie.
A wtem prędkie kroki rozległy się w ogródku i w progu stanął Bartnik zdyszany i uśmiechnął się radośnie.
— Już uciekasz z posłania! Chwała Bogu!
Uścisnął dłoń chorego, pocałował dziada w rękę i prędko raportował:
— Wódz przysłał po miód, bo jutro u nas dożynki.
— Już? Tak prędko! — zdziwił się Odrowąż.
— A bo tak! Jak ludzie zobaczyli doktora z kosą, zaraz się zlecieli z chorobami, a on powiada: „Zboże nie może czekać; niech mnie kto wyręczy przy kosie, to idę”. Zaraz się rzuciło pięciu i kobiety do wiązania. A potem znowu przyszła gromada do wodza, żeby jakiś spór graniczny rozsądził, i w mig go wyręczyli. No i położyliśmy żyto i jęczmień, i rychlik już koszą. Tylko huczy u nas na polu, a śmiechu, a śpiewu, a ochoty że ha! Wódz kazał miodu przynieść i skrzypce! Zaraz do barci po miód skoczę, tylko bym chciał mleka się napić, bo straszny skwar. A doktor krzyczy, żeby wody nie pić, bo ludzie zaczynają na biegunkę chorować. Ojciec już mendle242 zwozi na gumno243!