I poleciał chłopak, a Coto też zaczął napierać się na boży świat, ale tylko na przyzbie usiadł, tak jeszcze był słaby. I na płacz mu się zbierało, że lecieć, pracować, znoić się i cieszyć z nimi nie może.

— Nic to! — pocieszał go Bartnik, gdy wrócił z lipówką pełną miodu, i dał mu na miseczce kawał plastra, jeszcze przenikniętego ciepłem i wonią ula. — Nic to! Ale co się dla ciebie szykuje, żebyś wiedział. Pantera z wodzem szepce, alem podsłuchał.

— Co? Powiedz!

— Nie wolno mi gadać! Zobaczysz!

I śmiejąc się, chłopak tobołki zabrał, pożegnał się i poleciał z powrotem.

— Ojcze! Co mnie czeka? Pewnie wiecie? — napadł Coto na Odrowąża.

— Nie wiem! Ale myślę, że cię czeka to, co się należy zuchowi: chwała i honor! — odparł stary, głaskając go po głowie.

Minął jeszcze jeden cichy, skwarny dzień letni. Coto już od rana zszedł do podsienia i rozkoszował się życiem. W naturze czuć było przesilenie — koniec jednego okresu. Wśród gałęzi drzew i krzewów ćwierkała młodzież ptasia, dopominając się od rodziców pożywienia, przelatując nieśmiało z konaru na konar. W skwarnym powietrzu bujały wielkie bąki, gzy i motyle. Monotonnie gruchały turkawki, czasem przerywał ciszę krzyk sójki zwiastującej jastrzębia, a tło letniej muzyki tworzyły świerszcze, bezustannie strojące swe jednotonowe skrzypce.

Słońce stało w potędze dojrzewania.

Na jarzębinach poczynały się barwić paciorki i wielkie liliowe dzwonki kwitły pod pniami brzóz, na których już gdzieniegdzie błyskały pojedyncze złote liście.