Świerszcze, owady lotne i turkawki śpiewały kołysankę, co wreszcie uśpiło Cota, który się w ogródku na derce wyciągnął i dał słońcu wzmacniać się i goić ranę. Aż gdy się ocknął, miało się na odwieczerz — z puszczy wynurzył się Odrowąż i z zawiniętej poły kapoty wysypał na przyzbę kupę żółtych lisic i syrojadek.

— Ot, i pierwsze grzyby już są. Będzie urodzajny rok.

— Myślałem, żeście, ojcze, poszli na dożynki.

— A ciebie miała łania karmić jak świętych w puszczy! Zanim bym zaszedł, to i oni wrócą. Pewnie na noc będą.

Zaczął stary grzyby na wieczerzę obierać i prawić leśne baśnie — i tak im zeszło do wieczora.

Chłopak upierał się, że doczeka towarzyszy, ale musiał po wieczerzy spać iść do alkierza, bo jednak jeszcze go ten dzień zmęczył. A zresztą chciał przespać niecierpliwe oczekiwanie tego, „co się dla niego szykowało”.

Nazajutrz chata zawrzała zwykłym gwarem. Od świtu rozlegały się rozprawy Pantery przy obroku i doju, rozhowor Rosomaka z Odrowążem o żniwie, pogwizdywania Bartnika, kłótnie Kuby z Żurawiem o orzechy — i Coto począł do nich wołać, witać.

Ale przede wszystkim odbył się opatrunek rany z wielką uciechą i radością, bo zabliźniła się świetnie. A potem Pantera wziął się do toalety chorego.

— Na gody, panie młody, na gody! — mówił, strzygąc go, czesząc, szorując i oblekając w czystą bieliznę.

— Co za gody? Na jakie gody? — pytał Coto, dopomagając, jak mógł, jedną ręką.