Odtąd nikt już Orlika bojowego nie nazwał Cotem, bo drogo swą leśną nazwę opłacił.
Dziewiczy ląd
Wedle przepowiedni Odrowąża w kilka dni potem wysypały się grzyby. Pantera pierwszy zjawił się z pełną kobiałką i dał hasło do zbioru.
Jakaś zaciekła chęć zdobyczy opanowała leśnych ludzi. Był to przecież dar natury, szczodry do przeobfitości, dar puszczy, owoc ziemi pierwotnej — i pierwotna była ich radość z owej manny cudownej.
Zaniedbano wszelkie zajęcia, nie pilnowano godzin posiłków, nie odczuwano trudu. Ledwie świt — pustoszała chata; rozbiegali się pojedynczo, bo każdy miał swe rewiry i zakątki, o których nie mówił innym, chcąc się największym zbiorem pochwalić.
Tylko Bartnik towarzyszył Orlikowi, by mu pomóc w dźwiganiu kosza, a Rosomak trzymał się w pobliżu Szczepańskiej, wyręczając ją czasem w piastowaniu dziecka.
Grzyby znoszono do ogródka na osobne stosy, które wieczorem rachowano i przygotowywano do suszenia.
Stanowiły też codzienny posiłek, bo na połów nikt nie wypływał, a obierać kartofli nikt nie chciał — tak wszyscy bywali zajęci i zmęczeni.
Po paru dniach Rosomak jednak dzielenia i rachowania zabronił.
— Zsypywać będziemy na jedno miejsce, a jeśli chcecie, wszystkie wieczorem rachujcie. Nie nasz obyczaj przechwalać się jeden przed drugim.