— Bo i prawda! Bóg daje każdemu i wszystkim! — rzekła Szczepańska.

Milczał przecząco Pantera i chłopcy, ale ulec musieli.

Co wieczór palono w piecu i co rano, ale zbiór się nie mieścił do suszenia, i trzeba było nadmiar wysyłać wozem za Tęczowy Most lub dostarczać do kładek, skąd zabierał grzyby do folwarku Szczepański.

Ludzie byli zapracowani, ale rozpromienieni robotą, pomimo całodziennych marszów, dźwigania ciężkich koszów i nieustannego głodu, gdyż brali z sobą tylko chleb, a pragnienie tłumili jagodami.

W chacie zapanowało takie gorąco, że nocowali na dworze — na pomoście, który wśród konarów starego jesionu zbudował z żerdzi i desek Pantera.

Szczepańska z dzieckiem sypiała w podsieniu.

Z wypraw tych, z bobrowania po wszelkich zakątkach przynosili zarazem i inne trofea: mchy rzadkie, wężowe skórki, narośle drzewne, czeczoty, gniazda, pióra, a wreszcie Orlik z Bartnikiem znaleźli rosochy siedmioletniego łosia i przydźwigali je z trudem, mając do roboty we dwóch tylko trzy ręce.

Urodzaj grzybów był bajeczny i ogarnął cały ten kraj. Szczepański przybył też z folwarku, opowiadając, że wsie były puste i roboty polne zaniedbane; wszyscy wybiegli w lasy.

Opowiadał też, że chłopi zachodzili nawet na tę stronę trzęsawisk, ale że pewnego dnia wrócili w popłochu, bo się im ukazał i gnał ich, strasznie wyjąc, diabeł leśny czy wilkołak.

Oczy Rosomaka podniosły się na Panterę.