Odbyła się operacja, widocznie bardzo bolesna, bo Tupcio fukał i nóżką targał, a nawet w najgorszej chwili ukąsił Żurawia, ale się nie jeżył i nie skręcał. W końcu, gdy poczuł ulgę, rękę człowieka malutkim języczkiem liznął.

Dostał potem obiecane rybie wątróbki i o ile to było możliwe, jeszcze napęczniał, tak że z trudem wsunął się w cholewę buta i fuknąwszy na pożegnanie, zasnął do wieczora. Kuba przyglądał się operacji z okna, gdzie się na słońcu wygrzewał.

„Także gust!”, myślał. „Taki cudny czas przesypiać w jaskini. Rozumiem, że to się robi zimą, ale teraz? Idiota!”.

Żuraw spojrzał na słońce i zabrał się do gotowania obiadu. Na skrzyp drzwi od spiżarni Kuba się też przysunął. Żuraw był rozczulony jego przywiązaniem, ale po prawdzie Kuba, wskutek życia w dostatkach i bez troski pędzonego, stał się skończonym typem sybaryty82.

Wstawał późno i dla nabrania apetytu trochę fikał po lipie. Przez parę pierwszych dni dawał się namówić Rosomakowi lub Panterze na spacer do lasu, ale przekonał się wkrótce, że orzechów nie było na leszczynie ani ziaren w szyszkach; by obgryzać pączki, był zbyt wielkim smakoszem — zostawiał to hołocie dzikiej.

Wiedział zaś, że pod opieką Żurawia w spiżarni była spora blaszanka z orzechami i druga z ziarnami słoneczników. Zatem nie odstępował przyjaciela, a ten brał snobizm za przywiązanie i pasł go, ile ten mógł wytrzymać.

Gdy Żuraw usiadł na przyzbie i obierał kartofle, Kuba ze swymi orzechami ulokował się obok niego.

Słońce podniosło się nad polaną, w rozgrzanym powietrzu bujały pierwsze motyle. Ptactwo nieco ścichło, jak zwykle około południa, i była taka cisza, że jednocześnie Żuraw i Kuba podnieśli głowy na jakiś niezwykły szelest na dębie.

Na gałęzi przy sęku siedziała dzika wiewiórka i gotowa do odwrotu, nieufna, zerkała na pięknego, spasionego kawalera. Kuba nastroszył wąsy, skoczył na płot i wywinął parę koziołków.

— Chr-chr-chr! — zagadali do siebie.