Dzika cofnęła się i poczęła kawalera do siebie wabić; zaczęli się gonić wokoło pnia. Rozległy się chichoty, zaczepki, wreszcie popędzili oboje w puszczę po czubach drzew na wiosenne gody.

Gdy leśni ludzie zasiedli do obiadu, Rosomak zauważył brak współbiesiadnika.

— Gdzie Kuba?

— Zbałamuciła go ruda zalotnica — odparł Żuraw.

— Także pora! Wszędzie po gniazdach już są małe, a ci się dopiero zabierają za gospodarstwo! — rzekł Pantera.

— Jeszcze biedaka sowa w nocy uchwyci.

— Ja go znam. Nie głupi on, by nocować w wilgotnej dziupli. Wróci do swego rękawa.

— Zgłodnieje niebożątko.

— To mu na zdrowie wyjdzie. Już się w skórze nie mieści, tak go pasiesz.

Zaraz po obiedzie Pantera zaprzągł klacz do wozu i ruszył po ściółkę. Rosomak popłynął do koszów rybnych. Znowu Żuraw sam został.