Sprzątnął prędko statki, zabawił godzinę nad swym zielnikiem, wreszcie przypomniał sobie o rakach i zaczął zbierać potrzebne do tego połowu narzędzia.

— Właściwie lepiej by było brać je na rybie odpadki, ale tak się biorą na głębinie, z czółna. A że Rosomak czółno zabrał, chyba będę je, brodząc, z pieczar wypłaszać — radził się Pantery, który właśnie ze ściółką nadjechał.

— Poczekaj chwilę! Zwiozę resztę i razem pójdziemy. Znam najlepsze pieczary.

— Dziękuję. Pewnieś jakiś figiel dla mnie obmyślił. Dziś już miałem mysz w pudełku z proszkiem do zębów i zaszyte rękawy u koszuli. Dosyć na jeden dzień!

— To nie ja! Dalibóg!

— Więc któż? Może Rosomak?

— Nie, to „domowy”! Pewnieś mu nie postawił miodu w orzeszku na przywitanie!

— „Domowy” też pewnie powiesił wypchaną sowę Rosomaka w podsieniu, tak że nam ptaki spać nie dały od szarego świtu!

— On dziwy umie robić! Straszny psotnik!

— I „domowy” wężową skórę włożył mi do pościeli.