— A nie mógł to wąż skóry zmienić w twoim łóżku? Ty też w nim koszule zmieniasz.

I Pantera, śmiejąc się, popędził klacz.

Żuraw wziął siatkę na obręczy rozpiętą, torbę na raki i poszedł.

Dróg nie było w ich kraju, ale każdy miał w głowie mapkę i nigdy nie błądził, i zawsze szedł najprościej.

Z biegiem czasu przecierali ścieżyny niczym zwierz i nigdy się co do kierunku nie zawahali.

I Żuraw też zaraz z polany zanurzył się w gęstwę łozy. Odnalazł zeszłoroczną kładkę nad wąską topielą, wydostał się na garb olszyną porosły, przebrodził parę strug, ominął grząskie torfowisko i skierował się jak strzała na wielki dąb na brzegu jeziora, które leżało gładkie, szeroko rozlane, wchodzące w ląd mnóstwem zatoczek. Naprzeciw bielały góry piaszczyste niczym wyspa i znowu tło stanowiła czarna ściana boru.

Pod dębem Żuraw się przebrał — został tylko w bieliźnie i w chodakach. Przewiesił torbę przez ramię i wszedł do wody. Zanurzał się po pas i trzymał się brzegu. Spód był dość grząski, a grunt wybrzeża — pełen dziur i pieczar.

Żuraw co parę kroków siatkę w wodzie zastawiał na dnie, a nogą po tych pieczarach płoszył.

Gdy sieć podnosił, znajdował w niej wielkie żuki i muł, ale za trzecim razem ujrzał ciemną skorupę i podniesione wojowniczo szczypce.

— Jesteś — rzekł z triumfem, chwytając ostrożnie za grzbiet zdobycz i rzucając do torby.