Ogarnęła go zaciekłość łowiecka. Już nie patrzył ani na toń jeziora, ani na otoczenie, ani na słońce, tylko sieć zatapiał, podrywał i napełniał torbę. Aż wtem stracił grunt pod nogami i wpadł głową w jakąś bezdenną jamę pod olbrzymią olchą.

Zakotłowało się w wodzie. Jakaś wielka ryba oślizgnęła się po nim. Połknął sporo wody, ale wnet oprzytomniał i wydostał się na powietrze. Musiał płynąć parę sążni83, zanim zgruntował, potem znowu wpław — łapać kapelusz i siatkę. Wreszcie na brzeg wyskoczył.

— No, tym razem to chyba psota „domowego”.

Pomacał torbę — była pusta. Raki wydostały się na swobodę.

Wieczór był bliski, opar wstawał z wody, ziąb chwytał przez mokrą bieliznę, ale Żuraw zawzięcie rozpoczął połów na nowo, wracając do dębu.

Zbiegłe raki musiały jednak zaalarmować swój szczep, bo łapały się tylko niedorostki, aż rybak, zniechęcony, zabrał się do odwrotu.

Dzwoniąc zębami, biegł do chaty. Na jednym przejściu nad topielą poślizgnął się i wpadł w szlam — i już z daleka posłyszał trąbkę na alarm i pohukiwanie towarzyszy.

Wybrali się ku niemu niespokojni.

— Czyś ty zbłądził? — spytał Rosomak.

— Nie, tylkom się zagapił i wpadłem w tę jamę pod olchą.