— Kto? Co za licho!

— Mówił, że jakiś panicz.

— No, szczęście, że nie jakaś stara ciotka. „Panicz” może poczekać. Jest tam co jeść i na czym spać. No, syty jestem.

— To mi pokaż zdobycz.

— Poczekaj na Panterę. Nie można bestii płoszyć.

Czekali więc, z cicha gwarząc o swym bycie. Aż ukazał się laufer100 Pantery: po sznurze biegł Kuba, przywitał wodza i śmignął na sosny. Za nim mozolniej chlupał po wodzie i skakał po pękach łozy Pantera.

Zebrali się i wstali do pochodu, gdy Rosomak, patrzący za Kubą, wskazał nań ręką.

Wiewiór wracał z gąszczy bez tchu — po ziemi, oglądając się ze zgrozą.

Dopadł Żurawia, wcisnął mu się za bluzę, głęboko, aż pod pachę. Dygotał całym swym mizernym ciałkiem i piszczał żałośnie.

— Co mu się stało?