— Odrowąż mi mówił, że się gnieździ byle gdzie: na pniaku, na kępie, przy pniu. Zresztą poznamy po trupiarni. Patrzcie, ile tu piór i kości. O, zielone czapki kaczorów, resztki czajczych czubków, cietrzewie, lirowate sterówki. A ot, świeżutki zając marczak. Słyszałem jego śmiertelny jęk tej nocy. Weselniki barwne, kraśne, młode, oszalałe wiosną i miłością, tu łupem były nienasyconego zdziercy, żarłoka, grabiciela. Wszystko grozą swych szpon ujarzmiał i pożerał. Toć ten jego ostęp to cmentarzysko całej puszczy. Nikt nie miał prawa do życia i bytu — tylko on.

— Wodzu, tu na świerku jest jakaś kupa gałęzi, ale ja się nie wdrapię! — zawołał Pantera z gąszczu.

Poszedł Rosomak między obwisłe gałęzie i z trudem przeciskał się ku górze.

— A jakże, stare orle gniazdo zagrabił i swój przeklęty lęg103 umieścił. Jest troje młodych. Jeszcze białe, ledwie wyklute, a już kłapią szczękami i w rękę mnie dziobią. Może żywcem wziąć i wychować na niewolników?

A wtem spod świerka rozległ się żałosny okrzyk Pantery:

— O zbrodniarz! Toć tu leży skórka naszego Tupcia!

— Co znowu! — zawołał Żuraw. — Alboż jeden jeż w lesie. Pokaż, ja poznam. Gdym mu nóżkę opatrywał, musiałem jeden pazur obciąć.

Zamilkł, więc Rosomak spytał:

— No i co?

— Tak! Nie ma naszego Tupcia! — odpowiedział Żuraw, a Pantera, rozjuszony, krzyknął: