— Nie żywić przeklętego płodu! Łby im poukręcać!
Rosomak cisnął na ziemię gniazdo i lęg.
— Sczeźnijcie do ostatniego! — warknął.
Leśny człowiek spełnił odwet puszczy.
Wrócili pod sosnę-przodownicę i założyli obóz.
— Na przyszłą wiosnę ten ostęp stanie się ptasim wyrajem. Zatokują tu głuszce-brodacze, będą kuć dzięcioły, mysikróliki powieszą kunsztowne kołyski, w świerkach osiądą gołębie. Wrócą tubylcy zaradni, zapobiegliwi, niedrapieżni, weseli i łagodni. Teraz ci uczynili pustynię!
— Powiesić je po śmierci!
— Nie. Zabiorę i pięknie spreparuję. Zastąpią tę naszą na wpół przez mole zjedzoną sowę, co ją używasz na wrony jesienią. A teraz do barci!
— Jeślim ci niekoniecznie potrzebny, idę do chaty! — rzekł Żuraw. — Puchnę od żądeł jak potwór, a Kuba nie daje się z zanadrza wydobyć; pogryzł mnie, podrapał i bezustannie się trzęsie ze strachu.
— Mądry jest. Tupcio, nocny włóczęga, ufał swym kolcom i ot, jak skończył. Tak, Kuba, nie ma jak rękaw ze starego kożucha. Tam cię i junkier Eduard nie znalazł i nie złupił.