Zapalił Rosomak fajkę i z westchnieniem się zdecydował.
— Ano, to pójdę. Napisz mi na kartce żywnościowe braki. Wezmę stamtąd furę i do Tęczowego Mostu fornal110przywiezie. Mam w Bogu nadzieję, że ten gość tymczasem się znudził i wyjechał. O, dolo ciężka! Trzeba się przebierać i z tego raju iść! Żeby nie to pudełko ze szklanymi oczami, to bym się nie ruszył.
Sprzątnął swe preparaty, przebrał się, dał Panterze moc poleceń i poszedł.
— Jeśli ten gość czeka i zechce parę dni go tam zatrzymać, to mu winszuję wesołej zabawy! — zaśmiał się Pantera.
— Zapomniałem zapisać na kartce, żeby zabrał gazety! — syknął Żuraw.
— Nie troskaj się! I tak nie zabierze! Kto by i kiedy tu czytał! Bardzo nam potrzebne wiadomości o rewolucji w Meksyku, o zamieszaniu na Bałkanach111, o kursie pieniędzy lub o trzęsieniu ziemi w Kalabrii112. Daleko ciekawsze, czy nasze pszczoły wychowają matkę z tego czerwiu, cośmy im dali, czy dudek zajmie skrzynkę, czy wyszły z wody kładki do Odrowąża i czy znajdę gniazdo bąka lub remiza, a chociażby czarnego bociana, bo nam tego brak do kolekcji. Wiesz, popłyńmy pod tę olchę, może się sum trafi!
Popłynęli. Wzięli ze sobą specjalne podwójne siatki na długich drągach i skradali się milczący. Pantera wiosłował, Żuraw kierował czółnem, ledwie muskając wodę. Wąskimi przesmykami wydostali się na jezioro — leżało ciche, gładkie jak szyba, prawie bez śladu prądu rzeki, która je przecinała, zwężając się w przeciwległym kącie i niknąc wśród czarnych nawisłych łóz i olszyny.
O tej godzinie przedwieczerza kwietniowego rojnie było w toni. Szeptem Pantera Żurawiowi ptactwo wyliczał:
— Patrz, tam para perkozów, a tu nur przelotny. Już zniknął. Kaczki z sitowia wypływają. O! Rybitwy! A tam u brzegu, widzisz? Łabędzie! Przelotem bywają. A ryby jak się rzucają! O wiele woda spadła. Pokazują się już pale po starym młynie. Hej, kiedy on tu stał, chyba przed wiekiem. Teraz topiel! Skręcaj powoli ku olchom!
— Pod którą spróbujemy?