— Ano, pod tą z suchym czółnem, gdziem się wtedy skąpał. Dobrze czółno w poprzek postaw i przymocuj. Razem równo zakładajmy siatkę, tylko czółna nie odpieraj, bo pójdziemy na dno. Tylko się nie gorączkuj!
Żuraw zaciął zęby, bo mu dzwoniły z wrażenia łowieckiego. Zbliżali się do brzegu nieznacznie, zdradziecko, oczami się porozumiewając. Pantera wskazał wystającą gałąź olchową, zdjął swój pas, zawiązał w pętlę i o sęk zaczepił. Po czym napad odbył się z błyskawiczną szybkością.
Zanurzyli w wodę drągi z siecią, objęli nią jamę czarną. Pantera, trzymając koniec pasa w zębach, lewą ręką wiosłem uderzył w wodę — zamącił aż pod korzenie.
— Jest! — krzyknął Żuraw, czując uderzenie w sieć.
— Porywaj, wyciągaj, do czółna! Gwałtu, pilnuj, wywróci czółno! Bij w łeb, ogłusz! Do brzegu, do brzegu! — wołał Pantera i sam swe własne rozkazy spełniał.
Oplątany w oka podwójnej sieci, miotał się w czółnie potwór czarny, śliski, z olbrzymią głową. Łódź tańczyła, nabierała wody, lada moment mogła się wywrócić. Pantera z zębów pasek wypuścił i siecią olbrzyma do reszty oplątywał. Żuraw chwycił za wiosło, rozchybotane czółno ku niezarosłemu brzegowi parł. Zajechał w krzak łozy, za gałęzie chwycił i unieruchomił. Obydwaj byli wodą zlani i potem, zdyszani, zziajani i szczęśliwi z powodu zdobyczy.
— Uf! A to ci patriarcha! Będzie ważył parę pudów113 — rzekł Pantera, wywlekając z trudem olbrzyma wraz z siecią na ląd.
— Wyrzucam sobie, żeśmy bez Rosomaka na ten połów ruszyli — rzekł Żuraw.
— Mało on ich miał w życiu?! Zresztą rybactwem się bawi, ale pasja jego to ptaki. Teraz żywo się zbierajmy, bo nas czeka ciężka robota, nim go oprawimy. Żywcem go też nie dowieziemy, bo czółno przewróci. Zoperuj go po doktorsku, a ja popłynę po mój pas. A obejrzyj, czy ma w sobie but żandarma.
— Jak to?