— Tak, tylko nie mów Panterze, bo cię przezwie piecuszkiem lub świtunką przy leśnych chrzcinach.

— A kiedy będą moje leśne chrzciny?

— Gdy ci się otworzą leśne oczy i uszy i gdy poczujesz leśną duszę w sobie.

Coto przyglądał się szarej polance, pokrytej zeschłą trawą.

— I jak się to uchowa? Pod każdą stopą, bez żadnej ochrony? Na pastwę wszystkiego!

— Uchowa się. Za kilka tygodni wyleci gromadka, będzie się radować latem; jesienią powędruje za morze, ani dba, ani się troszczy! Ma wielką moc w sobie, słucha Prawa i wierzy, że życie dostała, by żyć, a zatem żyć będzie. Właściwy byt ziemi stanowią słabi i mali, a posłuszni swemu zadaniu. Słyszysz go? Już się raduje! Potwór odszedł, samiczka wróciła do chałupki, a on tam na najwyższych czubach olszyn uwija się, żeruje i niewielki śpiewak powtarza swą melodyjkę: „Cilp, calp, calp! Cilp, calp, calp!”. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni go słyszę i muszę się do niego uśmiechać, takie to zabawne.

— Teraz i ja go słyszę. I zapamiętam.

Rosomak przystanął.

— Widzisz ten olbrzymi jałowiec? Od trzech lat znajduje się tam gniazdo dzwońca. Co roku pewnie je ta sama para dobudowuje wyżej, że aż stąd widać mech. Zobacz, czy szczęśliwie przezimowały i czy mieszkają.

Coto skoczył, rozchylił z trudem zwarte igliwie i wspiął się na palce.