— Pięć, w różnych językach, z barwnymi tablicami.
— To wracajmy do domu! Zaraz się biorę do roboty.
— Wróćże sam, ja jeszcze zboczę w te łozy.
Coto obejrzał się bezradnie.
— Nie trafię.
— Spróbuj! Kieruj się ciągle na wschód! Po drodze miniesz polankę z wielkim świerkiem, który masz mieć po lewej ręce. Potem przejdziesz około trzech brzóz, jedna ze złamanym wierzchem, i znajdziesz we wrzosach ścieżkę. Przy starej choinie, gdzie kupę szyszek naniósł dzięcioł, skręć na prawo i tam już trafisz na szlak do Tęczowego Mostu. Jakbyś zbłądził, nie denerwuj się; usiądź i słuchaj, niebawem Żuraw z chaty da sygnał obiadu. Wtedy posłyszysz klekotkę Hatory łakomej i ta cię na polanę doprowadzi.
Coto pokręcił frasobliwie głową, westchnął i zawrócił.
Rosomak poczekał, aż zniknął w gąszczu, i uśmiechając się, z daleka ruszył za nim. Chłopak zabłąkał się po chwili, zaczął kluczyć i kręcić się w prawo i w lewo. Wreszcie po wielkich trudach dobrnął do polanki ze świerkiem. Wtedy usłyszał sygnał obiadowy, a wnet „bambołę” Hatory.
Gdy jej rogaty łeb ukazał się w chaszczach, Coto odetchnął i puścił się jej śladem, na nic nie zważając. Ale Hatora też nie pilnowała się żadnego szlaku; rżnęła prosto — łozy nie łozy, błoto nie błoto, ruczaj nie ruczaj.
Szczęście, że była syta, więc się zbytnio do obroku nie kwapiła, bo by jej nie dogonił.