— To nie czas na interesy. Karnawał!
Sprzeczka stawała się żywa. W Polaku zaczynała grać krew słowiańska. Szwajcar148 wojował flegmą.
— Du Haderlump149 — huknął Chrząstkowski. — Ty mi jeszcze radzić będziesz!
Porwał Niemca za ramię, odrzucił na bok.
— Mord! Skandal! — zaryczał olbrzym.
Na to hasło drzwi się otwarły. Kilku liberyjnych lokajów skoczyło z pomocą.
W mrocznym korytarzyku zakotłowało się jak w garnku. Jan jak odyniec począł się szamotać i bronić, klnąc po polsku; lampka zgasła, mrok rósł. Ktoś pobiegł alarmować policję. Gruby szwajcar wył nieludzkim głosem:
— Mord! Mord! Mord!
Wtem drzwi zza kulis otwarły się znowu, w głębi huczały śpiewy i śmiechy — wychodzący zajrzał w korytarz.
— O Je! O Je! O Je! — lamentował szwajcar.