— Kogo tam mordują? — zawołał głos, na dźwięk którego Jan wykrzyknął rozpacznie150:
— Ratunku, hrabio! Te plugawe Szwaby zaduszą mnie w tej norze!
Nim skończył, Croy-Dülmen już mu był u boku i uścisnął serdecznie. Napastnicy zmykali chyłkiem, szwajcar uchylił kapelusza.
— Kreuz-Element151! — klął hrabia. — A to awantura. Skąd się pan tu wziął? Z drogi, hołota! Aaa, to ty, Auguście! Jest szampan? Czemuś tego pana nie przyprowadził? Dummes Tier152! Proszę, proszę, panie Janie! No, nie poturbowali cię zbytnio?
— No, nie. Żebym miał prawą rękę, tobym się ja im dał we znaki. Ha! Dobiłem portu! Trzy dni szukam pana hrabiego.
— Co się stało? Przecie nie żadne nieszczęście u was? — spytał hrabia niespokojnie.
— Ej, nie! Mam tylko polecenie od babki, ale nic nie nagli. Nie będę tym hrabiemu przerywał zabawy. Rozmówimy się jutro, bylem tylko dostał audiencję!
— Ależ jestem na rozkazy wszystkich z Mariampola. Co prawda, karnawał to gorączka.
— Wiem coś o tym i nie przeszkadzam. Jutro przyjdę o południu do pałacu.
— Unsinn153! Chodź pan tam, zabawimy się. Będziesz pan wyglądał istotnie jak Orfeusz w piekle. Es geht flott154!