— Widzę, widzę. Istna wieża Babel! — śmiał się Jan.
— Wentzel! Wentzel! — rozległo się wołanie i sarkastyczna twarz Schöneicha wychyliła się na korytarz — za nim mignęły obnażone ramiona dwóch dam.
— Chodź, Michel! — zawołał hrabia. — Przedstawiam ci nowego gościa, mego znajomego z Poznania. Pan Chrząstkowski, baron Schöneich.
„Papryce” spadły z nosa binokle.
— Pan Żonżowski! — powtórzył przeciągle.
A potem, jakby zrozumiał, zaśmiał się impertynencko w oczy Wentzla.
— Pan nie zna pięknej Lidii?
— Nie, panie.
— Ani czarnookiej Esmeraldy?
— Niestety, nie — odparł Jan wesoło.