— Jedźmy, jedźmy! — wołano wkoło, śpiesząc się, jakby się paliło.

Starszyzna pakowała się do krytych sań — dla młodzieży stało kilkanaście jednokonek, panowie otulali damy, służba trzymała rwące się konie; hałas, krzyk, bieganina, tysiące rozkazów, śmiechu, konceptów, nawoływań. Wentzel oprzytomniał o tyle, że wsadził panią Teklę do budy z filuternym marszałkiem.

— Jest dla ciebie „Farys” mariampolski — rzekła mu na pożegnanie.

— Dziękuję, babciu.

— O! „Farys” pobije nasze konie — ozwał się Stefan Żdżarski — chyba mu sprosta „Orlika” pana Adama.

— Postaramy się, że nie — uśmiechnął się Wentzel, oglądając się za panną Jadwigą, która ubierała się z innymi panienkami.

Narzucił na siebie palto i w lakierkach pobiegł szukać „Farysa”.

Sanki były miniaturowych rozmiarów, koń — węgier czystej krwi. Zebrał Wentzel lejce, odprawił furmana i wpadł jak wicher przed ganek.

Jadzia wyszła eskortowana przez tuzin panów. Polecieli.

Noc była księżycowa, mroźna, cicha. „Farys” rwał się naprzód; pomimo to wszyscy ich wyprzedzali, śmiejąc się i trzaskając z batów. Kulig się wydłużył jak wielki wąż — na przodzie „Orlika”, w końcu „Farys”.