— Dziesiąta! — zamruczał.
Pani Tekla, dla której Głębocki nie był rywalem, traktowała tę kwestię dużo spokojniej.
— Podoba mi się taki rygor, podoba! — mruczała. — Warto, żeby u ciebie w Strudze był taki sam. Chociaż wariat, ale porządniej u niego niż u ciebie.
W tej chwili wrócił stangret i stróż z kluczami; otworzył, ukłonił się i rzekł:
— Pon prosą, zeby więcej nie jeździć bez322 folwark, ino323 gościńcem.
Wentzel się obejrzał.
— Powiedz twemu panu, że wieczorem będę wracał: niech mi nie każe czekać! — okrzyknął.
Na ganku stał Głębocki i może słyszał odpowiedź. Nie ukłonił się i Wentzel również nie uchylił kapelusza, tylko jechał z wolna, jakby wyzywając przeciwnika.
Stadko gołębi, spłoszone, porwało się z dachu, mignęło nad głową hrabiego. W tejże chwili Głębocki podniósł pistolet i strzelił. Jeden z gołębi zawirował i padł na koła powozu; konie spłoszone pomknęły bez pamięci na płoty i rowy; pani Tekla krzyknęła przeraźliwie.
— Nic, babciu, nic — uspokajał Wentzel borykając się z rozhukanym zaprzęgiem. — Ten pan strzela sobie gołębie, przecie to nic zdrożnego. Dobrze strzela nawet. Może być królem kurkowym. No, otóż jesteśmy znowu na drodze.