— A mówiłam ci: zawróć! Nigdy nie słuchasz! O cal ci kula przeleciała nad głową! Boże, Boże! Niby to wasza idealna policja! Taki człowiek swobodnie się obraca! Gdzież porządek! Ot, kryminał mógł być na gładkiej drodze, w jasny dzień! A mówiłam: zawróć!

— Czy widzi babcia? Marszałek jedzie przed nami. Spóźniliśmy się.

— A, prawda! Dzień dobry bratu! — powitała nejtyczankę324 i jowialną twarz ciotecznego.

— Pi, pi! Siostrunię hrabiowie wożą! Jakie cugi325 — śmiał się staruszek i mrugał znacząco.

Zaprzęgi stanęły. Obok pudermantla pani Tekli marszałek umieścił siebie i swój płaszcz z peleryną, dowcipkując dyskretnie z hrabiowskiego szyku i przepychu.

— Dajże brat spokój — zawołała pani Tekla. — Proszę lepiej posłuchać, co się tu u nas dzieje. Mordują ludzi po drogach!

— A słyszałem, słyszałem — potakiwał. — Dwie ofiary spalone! Ale policja już wpadła na trop.

— Co brat bredzisz! Jakie dwie ofiary? Jak to spalone?

— Ano ten Szwarc, co handluje wieprzami; zarżnięto go z żoną we wtorek.

— Co mi brat plecie o jakimś tam Szwarcu?