— No tak, sakrament, ale taki... z mniejszych.

— Nie uczono mnie miary w sakramentach. Kiedyś ciocia przedstawiała mi ten właśnie jako dla mnie najpotrzebniejszy...

— Dawniej! To co innego! Byłeś zdrów, młody, przystojny, miałeś karierę przed sobą! Ba, ba, byłbyś wysoko, żebyś mnie słuchał. At, wszystko przepadło!

— Bardzo nad tym cierpię — potwierdził ironicznie, zakładając ręce i opierając się wygodniej w fotelu. — Chory, stary, brzydki, bez przyszłości. No, no! W takim dziurawym garnku siedzi moja dusza!

— Ty zawsze mnie zbywasz drwinkami...

— Tak, niestety! Był to mój grzech w owym osławionym okresie młodości, krasy i zdrowia. Obecnie, gdzie mnie stać na koncept!

— Ach Boże! Tyle nieszczęść! W ciągu roku!

Primo: w marcu Azorek zdechł! — podchwycił.

— To mniejsza, choć szkoda psiny! I ty go lubiłeś...

— Nadzwyczaj! Secundo: zarżnęli w Chinach wychowańca cioci, ojca Matiasza!