— Biedny męczennik, bohater! — potakiwała.

— Jeśli bohater, to nie biedny — mruknął poważniejąc.

— Mógł jeszcze wiele zdziałać: tyle zdolności!

Tertio: major miał atak apoplektyczny — ciągnął dalej swe wyliczanie.

— Ach, tak! Wzywał ciebie, chciał pożegnać, napisać testament, poruczyć sierotę... a ciebie nie było... Pisałam, nie odpowiadałeś!

— Ciocia doniosła, gdy niebezpieczeństwo minęło. Zresztą, nie czuję w sobie materiału na opiekuna wdów i sierot. Szczęściem, że major zdrów i wesół, i może mnie przeżyć.

— Co ty wygadujesz! Nie czujesz się lepiej?

— Mniejsza z tym! Wracając do cioci nieszczęść: burza zwaliła kaplicę w Dülmen...

— To fatalny omen — wyrzekła posępnie, trzęsąc lokami — to palec losu!

— Odkądże to ciocia stała się zabobonną? Nie wiem, czy to ma być palec losu, ale to wiem, że trachit nadreński jest to fatalny materiał budowlany i że kaplicę odbuduję z cegły.