— Nie. Major zajęty, a ja...
— A ciocia haftuje. Czy to stuła znowu? Proszę ją śpiesznie dokończyć dla swej faworyty.
— Dałby to Bóg! — westchnęła, zaciskając usta.
Ukłonił się i wyszedł. Za drzwiami spokój znikł mu z twarzy, przez oczy przeszła błyskawica wściekłości.
— Bodaj was piekło pochłonęło, podłe Szwaby! — zamruczał idąc do siebie. — Niech przepada wasza głupia pycha i fałszywa pobożność, i wasza mowa, i obyczaje. Ja już nie wasz, chwała Bogu, i szczęśliwy. Mam swoją wiarę i kochanie, i kraj, i rodzinę! Ach, żebyż już jechać do swoich!
Rzucił się na fotel w gabinecie i odetchnął.
Po chwili zadzwonił i, nie oglądając się, spytał:
— Czy Urban wrócił?
— Jestem! — odparł on sam.
— Byłeś w Mariampolu? — zagadnął Wentzel, promieniejąc na widok kogoś, co wracał z jego raju.