Herbert zamilkł. Na progu stał Wentzel Croy-Dülmen we własnej osobie.
— Prosit83 — Mahlzeit84! — powitał wesoło.
— Aaaa! — rozległo się na wszystkie tony.
Porwano się gromadnie z powitaniem. Dobry kwadrans krzyżowały się wykrzykniki, pytania, śmiechy, koncepty; potem usadowiono ulubieńca na honorowym miejscu i zaczął się formalny szturm ciekawości.
Schöneich rzucił binokle, oparł łokcie na stole, oglądał przyjaciela od stóp do głowy; sam nie badał, ale słuchał, obserwował, kiedy Wentzel kłamał czy prawdę mówił. Podrzucał co chwila nieznacznie jakiś dowcip.
Admirał pierwszy przyszedł do słowa.
— Czy nie spotkał pan przypadkiem mojej żony? — zagadnął naiwnie.
— I owszem. Miałem przyjemność podróżowania jednym pociągiem — odparł spokojnie.
— Czyż tylko jednym pociągiem? — zamruczał Schöneich.
— Jak to! Kiedyż pan wrócił?