— Przed godziną. Ledwiem się przebrał i rozmówił ze Sperlingiem, i oto jestem.
— Więc Aurora już jest?
— Jest i czeka na pana niecierpliwie.
— Uhm, niezawodnie! — burczał gdzieś w pobliżu niemiłosierny dowcipniś.
Admirał rzucił cygaro na obrus, zapomniał rękawiczek, nie wziął reszty z pieniędzy i wyleciał, ubierając się na schodach.
Za nim pogonił grad dowcipów.
— Pośpiech wart szczęśliwych rezultatów. Fregata zawija do portu w archipelagu Wysp Złodziejskich, po hiszpańsku Ladrony! — objaśniał serio baron.
Wentzel z miną niewiniątka spożywał obiad. Opadnięto go znowu na wyścigi.
— Coś porabiał tyle czasu? Można było podbić Europę!
— Objechać kraj cały! Napisać strategiczne dzieło!