— Chcę, żebyś się pan umiarkował w wyrażeniach i nie krzyczał tak, bom nie głuchy! Ta pani kazała mi waści wynieść z pokoju, boś był pijany!
— To i co, żem był pijany? Mam prawo pić, gdzie mi się podoba, tym bardziej u swojej kochanki! A panu co do tego?
— Nic! Nikt panu prawa pić nie przeczy, ale też nikt nie zabroni wyrzucać pijaka, gdy pani domu dokuczył.
Olszyc chciał coś odrzec, ale w tejże chwili postać jakaś z głębi sieni przyskoczyła do niego i wymierzyła mu policzek. Stracił głos.
— Masz! — rozległ się głos studentki. — Żebyś mi burd nie zaczynał! Ja ci pokażę prawo, pijaku! Ja ci pokażę wykrzykiwać moje imię wśród tych burd! A wy tu czego, reszta? Gromadą napadacie na jednego, zbóje! Precz mi stąd i ani łapą do mnie!
Olszyc oprzytomniał, uśmiechał się przez zęby.
— Medycy wychodzą z mody, ha, ha! Podoba się białowłosy niedorostek, podobny do kościotrupa! Winszuję zdobyczy, tyczko miernicza! Nadgraniczna prowincja! Kto żył, pustoszył, ha, ha!
Teraz już Hieronim stracił cierpliwość. Porwał medyka za kołnierz, obrócił jak frygę i cisnął z bramy w ulicę.
Koledzy poszkodowanego rzucili się na pomoc. Tu już wynikła formalna bójka na pięści. W ciemnej sieni zakotłowało się jak w garnku i nie wiadomo, czy by Hieronim wyszedł żyw z rąk ośmiu, gdyby stróż, widząc na co się zanosi, a nie chcąc zaalarmować policji, nie wytoczył sikawki i w kłąb walczących nie puścił strumienia lodowatej wody.
Po chwili na pobojowisku zostali Hieronim, studentka i stróż, klnąc awanturników. Reszta uciekła przed kąpielą.