— Ty wszędzie widzisz nadzwyczajności!
— Ale kiedy to naprawdę człowiek — kobieta!
— Może nawet młoda i ładna, do ciebie podobna!
— Panowie, to rozbitek tonie, słyszycie?! — wołał naczelnik, odejmując lunetę od oka.
Zamilkli wszyscy. Dach się zbliżał, rzucany tu i tam prądem, chwilami fala nakrywała go zupełnie, chwilami wyrzucała na powierzchnię. Wnet nawet naczelnikowa dostrzegła postać ludzką przyczepioną do szczytu i do wszystkich uszu doleciało rozpaczne27 wołanie ratunku.
— Aha, ratuj! Nie ma czółna! — rzekł Grocholski, oglądając się wokoło.
Hieronim milczał, stalowe jego oczy nie schodziły z rozbitka, nie śmiał się.
— Delfin! — szepnął Żabba. — Skacz! Szkoda człowieka!
Inżynier dosłyszał i obejrzał się niezadowolony.
— Co pan robisz? — upomniał Litwina. — Oliwę lejesz na ogień! Ten szaleniec gotów na wszystko!