Pomimo to uczyć się nie mógł; drżał na każdy szelest za drzwiami, słuchał pieśni i tonów; w nocy niepokój go męczył i nieokreślona tęsknota. Zrobił się roztargniony, nieuważny, czasem niecierpliwił się i gniewał bez przyczyny, czasem napadały go wybuchy wesołości.
Raz, wracając z lekcji, posłyszał za ścianą dawny gwar. Posłuchał chwilę, zaklął i uciekł z mieszkania wściekły. Dlaczego? Nie potrafiłby określić.
Przez tydzień nie wracał do domu. Tułał się po mieście, noclegował160 u kolegów; wreszcie wmówił w siebie, że musi Bazylego uspokoić, i wrócił.
Cicho wsunął się do mieszkania, zapalił lampę, usiadł do roboty, kopcąc papierosa.
Po chwili zapukała do drzwi.
Milczał i nie poruszył się.
— Otwórz pan! — zawołała niecierpliwie.
Opieszale obrócił klucz w zamku i ukłonił się, milcząc.
— Po tygodniu hulanki wracasz pan przecie! Życie arcymoralne! Co by to pana święty imiennik161 na to powiedział?
— Nie wspominajmy lepiej o cnotach w tej okolicy! — mruknął. — Czym mogę pani służyć?