„Bądź prawym! Jutro już nie spojrzysz śmiało, będziesz złodziejem! Nie kocha ten, kto poniewiera!”
Poniewierka! Chłopiec wzdrygnął się cały.
Tak, poniewierką był taki stosunek, poniewierką uczuć, duszy, własnego sumienia. A potem...
Matczyna dusza zapłacze nad synem i we śnie już nawet do niego nie przyjdzie; sponiewierał jej pamięć, zapomniał ostatniej prośby.
Chłopiec zatoczył się jak pijany, jęk mu się z piersi wydzierał; rękoma wziął się za bijące skronie i załkał.
A głos w duszy już nie groził, nie wyrzucał, ale prosił coraz łagodniej i słodziej:
„Bądź prawym, dziecko, bądź prawym!”
Cofnął się na powrót do sieni, zapukał do stróża.
— Otwórzcie mi, Bazyli. Muszę iść.
— Chryste! Co panu? Słabo, czy co? Dalibóg, nie puszczę! W taki mróz, nocą! Śmierć pewna!