— Jeżeli panu nie dogadza mieszkanie, tobym je wziął dla siebie.
— I owszem. Oto klucz! Garść mych rupieci proszę odesłać tu. Życzę panu powodzenia!
Medyk podał rękę, ale Hieronim nie zauważył tego ruchu i odszedł.
„Oto się dopiero będą na wyścigi poniewierać w tak bliskim sąsiedztwie!” — pomyślał z goryczą.
Miłość jego przeszła wszystkie fazy — końcową był wstyd.
Mijały tygodnie. Nadeszły ostatnie egzaminy. W studenckim świecie zrobiło się cicho. Wszystkie twarze miały wyraz zmęczenia, niepokoju i oczekiwania. Próżniacy drżeli przed rezultatem.
Przyszedł wreszcie ów dzień sądu.
Hieronim, idąc z innymi po swe losy, dowcipkował:
— Staniemy po prawicy i lewicy! Będzie płacz i zgrzytanie zębów! Ach, oj, czuję w powietrzu woń siarki piekielnej! Ach, bracia, nie opuszczajcie mnie w złej chwili! Złóżmy razem wizytę w kraju potępienia!
— Nie bredź, prawica ci się należy!