Tak, mieli słuszność. Hieronim Białopiotrowicz dostał dyplom z odznaczeniem.

I oto stała przed nim droga otwarta. Dobił się178 celu.

Dziwna rzecz. Ten koniec, o którym tyle lat marzył, nie olśnił go, nie zachwycił.

Z dyplomem w ręku słuchał pochwał i powinszowań roztargniony.

Co by dał, żeby w ów dzień radosny mieć Żabbę przy boku, z nim razem się cieszyć. Myśl jego poszła do Krymu, do tego końca, co mu wziął druha na wieki.

Jak wąż wyśliznął się pierwszy z sali, uciekł spośród kolegów i przepadł bez wieści.

Wołano go i szukano na próżno przez cały dzień. Miał być bankiet triumfalny — bohater się nie stawił. Zasiedli bez niego do stołu.

W połowie uczty wpadł do sali. Powitano go radośnie.

— Coś robił? — krzyczano.

— Nic ciekawego — odparł. — Jestem na czas, by spełnić toast z wami! Dajcie szampana!