— To zejdź pan sam i zobacz! Może omdleli z braku powietrza.
— Nie może nikt wytrzymać, lampy gasną. Posłałem po innych murarzy, oni to znają, żaden z nas nie zniesie.
— To mi dopiero facecja! A ci się duszą tymczasem! Murarze pewnie pijani! A iluż ich tam jest na dnie?
— Trzech — odparł obojętnie.
— To mi pachnie półroczną tiurmą. Winszuję! Dajcie mi sznur!
Doktor ani się spostrzegł, jak dzielny chłopiec go opuścił; po drabinie zbiegł na dół, poczęstował pięścią gapiów po drodze, rozpędził połowę do roboty, przewiązał się jednym końcem sznura, zapalił papierosa i kazał otwierać klapę do żelaznej bezdni.
— Weź pan gąbkę z octem do ust! — krzyknął doktor, schodząc powoli.
Ale Hieronim był zajęty komendą.
— Puszczajcie sznur powoli. Jak targnę, ciągnijcie w górę! Rozumiecie? Weź no go ty, Janie!
Olbrzymi ślusarz przyskoczył skwapliwie. Oczy jego, czerwone od wódki i niewywczasu200, śmiały się do naczelnika psim przywiązaniem.