— A hukaj, tylko dobrze!
Zamiast Jana dziesiętnik zaczął krzyczeć i napędzać. Umilkli posłusznie.
Późno wieczorem Hieronim wracał do domu z kasy. Zdziwiło go światło w gabinecie, gdzie zwykle pracował, zajrzał przez szczelinę firanki i zdumiał się. Przy biurku — wśród stosów sprawozdań, planów, kosztorysów — rozsiadł się w fotelu Bazyli we własnej osobie i pisał coś pracowicie, niezgrabnie na wielkim arkuszu papieru. Jednym okiem przyglądał się swemu arcydziełu i drapał, potniejąc, koślawe litery.
— Tam do diaska! A do tego co przystąpiło? — zamruczał ubawiony inżynier.
Zdumienie jego nie miałoby granic, żeby mógł dojrzeć adres na kopercie; stało tam łokciowymi literami202: „Jaśnie Wielmożny Pan Polikarp Białopiotrowicz w Tepeńcu”. Nie, takie zestawienie osób i podobna znajomość nie postała mu nigdy w myśli.
Na kroki pana Bazyli uprzątnął swą osobę z fotela, a pismo ze stołu i zajął się nakarmieniem pryncypała.
— Czy to do kochanki pisujesz? — spytał go żartobliwie inżynier.
Człek się zaśmiał.
— Aha! — odparł jakiś nieswój.
— Toś ją w Petersburgu zostawił?