— Byłem tam onegdaj39 na robocie — objaśnił Grocholski. — Sądzę, że się znajdą mieszkania.
— A ot i słońce zachodzi! — wtrącił Żabba.
— Możemy iść. Co przepadło, zginęło! Ciekawym, czy Białopiotrowicz ocucił małą.
Wrócili do drzewa, gdzie skupiła się reszta. Dziewczynka siedziała już na ziemi, otulona burką40 studencką, zalękła, drżąca, wlepiając w twarz Hieronima piwne, łzami zaszłe oczy.
— No, żyje! — rzekł naczelnik. — To i dobrze. Możemy iść.
— Dokąd? — zagadnęła pani i nie czekając na odpowiedź, trzepała dalej: — Ale wiesz, mężu, to niemowa! O co się spytać, milczy!
— Niemowa? Krzyczała przecie ratunku. Mniejsza z tym. Chodźmy! Znajdą się rodzice!
Żabba wziął dziecko za ramię.
Spojrzała dziko, usunęła się.
— Oho, księżniczka z bajki. Bierz ją, Ruciu!