— Chodź! — powtórzył stary, biorąc go pod ramię.

Poszli znów w czarną noc. Przed nimi zjawił się nagle Bazyli, świecąc latarką i oglądając się co chwila. Starzec prawie niósł wnuka. Niedaleka była droga do mieszkania naczelnika, które buchało światłem. Bal był w samej pełni, muzyka grała mazura.

Złoty półimperiał216 otworzył im drzwi biura, drugi popędził lokaja do salonów, z wezwaniem samego gospodarza.

Milczeli obydwaj. Młody, dysząc wewnętrznym żarem, wpółprzytomny; dziad poważny a dziwnie rozpromieniony. Bazyli zginął przy progu domu.

Po dość długim oczekiwaniu wszedł naczelnik. Pomimo licznych toastów chmurę miał na czole; spod oka spojrzał na gości.

— Czym mogę służyć? — zapytał z przymusem.

Starzec, oburącz wsparty na lasce, kiwnął niedbale głową.

— Nazywam się Polikarp Białopiotrowicz — zaczął. — Mam dwóch wnuków; za nich obu przychodzę tu na obrachunek.

— Znam tylko obecnego tu inżyniera, Hieronima.

— Zaraz pan poznasz drugiego. Przystępuję do interesu: przedstawiono panu weksle z podpisem Hieronima, których suma przewyższała rozchody. Sprawę tę rozstrzygnąłeś pan wobec setki osób wspaniałomyślnym darowaniem winy, weksel wykupiłeś pan od Żyda. Winowajca, ten oto chłopiec, zniósł w milczeniu łaskę, jak się w milczeniu przyznał do złodziejstwa. Poszedł do domu sam, sponiewierany, i zastałem go oto z rewolwerem w ręce. Żebym się spóźnił minutę, mielibyśmy pan i ja, śmierć niewinnego na sumieniu. To ciężko!