Starzec się zatrzymał, szarpnął swe siwe wąsy.
Inżynier wyciągnął do niego rękę.
— Pan nie uwierzy, jak mi przykro — zaczął.
— Nie chodzi tu o przykrość, panie, ale o sprawiedliwość — przerwał ostro pan Polikarp — a przede wszystkim o pokrycie długu. Proszę o ten weksel.
To mówiąc, sięgnął do siwej kapoty, dobył książeczkę z czekami do banku, wystawił właściwą sumę i położył na biurku.
Nagle, na widok nieszczęsnych weksli, ożywiła się martwa dotychczas twarz Hieronima, postąpił o krok.
— Dziadku! — zawołał.
— Milcz, niedorostku! Dobrocią swą doigrałeś się wstydu i ohydnego posądzenia. Teraz ja będę działać. Dosyć ustępstw! A czy mi jedno, ty lub on, to jeszcze pokażę. Gdy płacę, chcę, żeby ludzie wiedzieli, za kogo i za co płacę. Ty się nie mieszaj do mnie!
Znów jeden po drugim przesuwały się weksle w promieniu lampy, aż bystre oczy pana Polikarpa znalazły ów nieszczęsny.
I on go potrzymał minutę w dłoni, pokiwał głową, podał przez stół naczelnikowi.