Przysiadł tam jak szczwany zając224, ledwie go Bazyli znalazł pod wieczór.
— Jezus Maria! Co pan wyrabia? Taki chłód! Gotowa choroba! — wrzasnął przerażony.
— Czekam, aż się uspokoją z tą panną.
— Proszę wracać prędzej! Panie już śpią od dawna.
— To ich jest kilka? Kilka wychowanic, sierot?
— Albo to jasny pan nie może utrzymać i tuzina? — odparł Bazyli dumnie.
— I owszem! Niech ma sobie cztery tysiące i świętą Urszulę z nimi225, bylebym ja ich nie spotykał.
— Stary pan zaraz na wstępie powiedział, żeby nie chodziły w stronę grobowca. Ma panicz lewą połowę parku, a one prawą.
— Z tym wszystkim dosyć nam tu popasać. Pakuj manatki, jutro wyjeżdżamy do roboty nad Wołgę.
— A cóż pan tam robić będzie? Toż pan ledwie chodzi, pióra w ręku nie utrzyma.