Hieronim się obejrzał.
— Dziadku! — zawołał z wyrzutem. — Toście wy mi ją wzięli wtedy! Zabraliście mi słońce życia!
— Oddaję ci teraz to słońce. Niech ci świeci. Zżymać się nie masz czego. Płataliśmy sobie nawzajem figle, alem ci tego skarbu strzegł jak oka w głowie. Oddaję w całości. Proszę tylko o szklankę herbaty. Zadowolę się towarzystwem panny Adelgundy tymczasem.
Ale młodzi nie słyszeli, co mówił. Pan Polikarp zeszedł na drugi plan. Niemka spała od dawna, herbaty mu przyniósł Bazyli. Zostały mu na pociechę gazety.
Tych dwoje usiadło obok, patrzyli na siebie i opowiadali dzieje długich lat.
Było tyle do mówienia. Zapomnieli o świecie. Oczy dziewczęcia podczas opowieści Hieronima stanęły łez pełne za Żabbą i „panią Dulską”. O swojej nędzy nie wspominał Hieronim — zapomniał, że niegdyś istniała: był niezmiernie szczęśliwy.
Potem on słuchał.
Dziecko porwano podstępem ze stolicy. Gryzła i drapała — nic nie pomogło. Bazyli coś wiedział o tym, on ją przywiózł do Tepeńca.
Niesłodki mieli żywot nauczyciele i służba — nie chciała słuchać nikogo ani się uczyć. Morzyła się głodem, próbowała ucieczki. Złowiona, zapadała w swój upór piekielny; była na wszystko głucha i niema.
Wówczas to dziad Polikarp użył innego argumentu: