Hieronim spojrzał. Przed nim, oświetlona wiszącym świecznikiem, stała smukła postać dziewczęcia, otulona w biały batyst232 i koronki. Jedną ręką podnosiła wdzięcznym ruchem portierę233 u drzwi, drugą wyciągnęła z powitaniem.
Ściągła234 twarzyczka miała wyraz trochę dziki w piwnych głębokich oczach, ale za to na ustach błyszczał szczery uśmiech, pokazując dwa rzędy drobnych białych ząbków.
Nie widziała Hieronima w cieniu i on ją ledwie dostrzegł zza pleców dziada.
— Ale ja nie jestem sam. Jest ze mną kawaler, który chce usłyszeć drugą zwrotkę tej piosenki. Oto go masz. Czy mam go przedstawić?
Pan Polikarp się usunął. Młodzi spojrzeli sobie w oczy i nagle — jednocześnie — dwa okrzyki wyrwały im się z piersi. Był to wybuch szczęśliwości, rozradowania, bezbrzeżnego podziwu. Dziewczyna puściła portierę, przez chmurne jej oczy mignęła fala blasków, pokraśniała jak różyczka.
Rzucili się ku sobie. Rączki jej chwyciły Hieronima i patrzyli na siebie, nie mogąc się nasycić widokiem, odurzeni kompletnie.
— Bronka, mój dzieciak! — mówił chłopak zmienionym głosem.
— Panie mój, panie! — szeptało dziewczę.
Zza portiery wyplątał się wreszcie dziad i zajrzał.
— To wy się znacie? — spytał.